sobota, 21 stycznia 2023

Zima i studniówka


Jak widzicie na załączonym obrazku, zaklinanie pogody na niewiele się zdało. Zima w ciągu jednej nocy zmieniła krajobraz, w dodatku przymroziło. Na szczęście drogi są przejezdne. Jest ślisko , panikuje , ale jadę ;)

Z powodu częściowego uziemienia, nadal mnie nosi i mam więcej czasu na ,,babskie głupotki,, Córka ma pierworodna na bal studniówkowy się wybierała i siłą rzeczy obudziły się wspomnienia. Wiem, że aktualnie popularne są bale ósmoklasisty, gimnazjalisty, ale to właśnie bal maturalny jest dla mnie tym pierwszym, poważny wydarzeniem towarzyskim.



 Niekiedy zerkam sobie na reportaże z wspomnianych imprez. I wniosek nasuwa się tylko jeden. Brakuje mi na studniówkach kindersztuby i klasy. Piszcie co chcecie ale adidasy po godzinie balu, założone do długiej, cekinowej sukni, są dla mnie nie do przyjęcia. Wiem, że realia się znacznie zmieniły i jakby nie do końca się w nich odnajduję, ale tak na to patrzę z perspektywy dojrzałej kobiety.


Kiedy byłam młodsza z zapartym tchem podziwiałam emitowane urywki z Noworocznego Balu Wiedeńskiego. Kręcące się pary w takt walca, suknie i fraki, wprowadzenie debiutantów...bajka!
Jestem w tym miejscu drogi życiowej, że raczej sama na podobnym balu nie wystąpię. Co najwyżej mogę liczyć na Sylwestrowy bankiet z noworoczną transmiją koncertu wiedeńskiego przed TV ;)

Ambicję na księżniczkę miałam (bez papierów oczywiście). Nawet w pałacyku pomieszkiwałam. Wychowałam się na disneyowskiej bajcie ,,Kopciuszek,, (kto pamięta starą wersje z 1950r.?).
Posiadałyśmy z siostrami na stanie kasetę VHS (to po części zdradza mój wiek ha, ha) z nagranym filmem animowanym. Nie pamiętam ile razy był odtwarzany, ale na pewno wiele. O czym świadczył przerywany dźwięk i skaczące paski po ekranie telewizora. Do dziś pamiętam grzmiącego tatę, kiedy po raz setny przewijałyśmy ulubione sceny-Dziewczyny popsujecie głowicę! 
Młodszemu pokoleniu wyjaśnię że głowice posiadał magnetowid. Jakoś nic tam się nie psuło od naszego majstrowania , za to sama kaseta owszem. Była tak eksploatowana, aż dziwne że działała ;)
Część dialogów z Kopciuszka nadal pamiętam. Z perspektywy czasu uważam, że animacja to mistrzostwo świata tamtej dekady. We własnych zwierzakach odnajduje ruchy, gesty, bajkowych postaci. Kot Lucyfer... kto zna scenę, kiedy kocur opuszcza sypialne macochy? Wypisz wymaluj Milusia. A pies Bruno?..cała Tajga. Zwłaszcza kiedy mówię Nie wolno ci gonić kota.








Aleksandra ambicji na księżniczkę nie ma. Ona po prostu jak księżniczka się zachowuje i nie mam tu na myśli wyuczonych królewskich manier ;)
Raczej trudno byłoby mi namówić ją na zimową sesję, dlatego pstryknęłam zdjęcia garderoby. Zawsze to pamiątka. Mam nadzieję, że dobrze się bawiła na Studniówce i ciepłe wspomnienia zachowa w na lata.






Zdradzę Wam, że ja takich nie mam. Mój pierwszy bal był totalną porażką, powiedzmy organizacyjno-towarzyską. Po latach mogę się z tego jedynie śmiać.







Wracając jednak do mojej Maturzystki. Ta Grafika doskonale do niej pasuje...tylko telefonu pod poduszką brakuje ;)

środa, 18 stycznia 2023

Wiosna w styczniu-koty marcują



Wiem, że zapowiadają powrót zimy. Póki co wypieram takie prognozy pogody. Śnieg niech sobie pada, jednak dopiero po powrocie męża z delegacji. Jako kobieta wszystko mogę wziąć ,,na klatę,, (barki?) ale gdy pomyślę o zaspach na drodze i oblodzeniu-paraliżuje mnie strach. Śnieżną zimę z lekkim mrozikiem to ja owszem lubię, ale tylko wówczas gdy nie muszę robić za kierowcę.
Aktualnie aura mi sprzyja. Ptaszki świergolą wiosennie, słoneczko świeci, nawet wiatr halny zniosę, byle nie sypało białym puchem.

Koty najzwyczajniej już poczuły wiosnę. Milusia vel Milers (kocur) zaginął dwa tygodnie temu. Chodziłam , dopytywałam , nawoływałam-w odpowiedzi zamiast miałczenia, słyszałam własne echo. Pomyślałam, że to już koniec. Na pewno lis zaatakował kocura, albo (co gorsze) pożarł go inny drapieżnik.
Kot zginął, przepadł jak kamień w wodę.

Aż tu pewnego dnia uruchamiam kuchenny ekspres i kątem oka dostrzegam tuż za ogrodzeniem, poruszającą się szarą plamę. Wybiegam z domu nie zważając na świeżo zaparzoną kawę. Już z oddali krzyczę...Milusia! ...kicic, kicic...Jesteś!
Szary kot przystaje, zerka na mnie...i już wiem, że to nie Milers tylko Karolek.




Dla przypomnienia Milusia i Karolek to kocie rodzeństwo, które dorastało u nas. Niestety przyszedł czas dojrzewania i (co się z tym łączy) młodzieńczych bójek. Człek głupi, do tej pory kotów nie posiadał, pieląc grządki przypatrywałam się z zaciekawieniem kocim arią. A tak naprawdę, koteczki ćwiczyły swoje solówki walcząc o pozycję. Dusza od tych występów cierpła, ale nie przypuszczałam ,że będą powodem wyprowadzki Karolka. To już dwa lata od kiedy pomieszkuje za górką u sąsiadów i ma się tam całkiem dobrze. Dlatego widząc go spacerującego u nas, pomyślałam- Milusia nie żyje, a brat wrócił na stare podwórko, znaczyć teren. I kiedy kota już w myślach pogrzebałam, i straciłam nadzieje na jego powrót...zjawił się pewnego ranka, całkiem niespodziewanie. 

Kot miałczał pod drzwiami tak przeraźliwie, że nie trudno było go nie usłyszeć. Gdy go zobaczyłam, cała paleta uczuć mną targała. Nie wiedziałam , czy ganić , ściskać, czy pytać ,,A ty co, po gitarę przyszedłeś?,,

Kocią łajzę na amory wiosenne wzięło. Wiosenne, czytaj marcowe...a nie styczniowe!

Kocham tego ,,psiego,, kota, a on kocha mnie. Doskonale wie, że w domu na nic, oprócz sofy i fotela wskakiwać nie może. Przyjął figulcowe zwyczaje, choinki nie tyka, załatwia się na podwórku. Jedynie nie szczeka i (dzięki Bogu) w drzwi nie drapie.



 
Figulca jeszcze słonko nie rozpieściło, on zdecydowanie woli swój kocyk. Przy okazji uprzedzę wszystkich właścicieli czworonogów. Pojawiły się kleszcze, dlatego już teraz warto stosować profilaktykę.


Z racji tego, że aktualnie zostałam przy domowych sterach, postanowiłam zabrać się za kontynuację ogrodowych porządków-głównie w warzywniaku. Jesienią ten kąt został najbardziej pominięty. Sporo liści mam do zgrabienia, ale za to przycięłam maliny i porzeczki. Słoneczko tak radośnie wychylało się zza chmur, do domu wracać się nie chciało, więc dodatkowo pod sekator poszły tawułki i berberysy.



Przy okazji naszła mnie taka refleksja ogrodnicza. Często słyszałam, że starzec ogrodowy jest rośliną sezonową i w naszych warunkach nie przetrwa niskich temperatur. Uwielbiam szare liście, kiedy na rabacie nie wiele się dzieje. Zimą zostawiam  krzewinki na grządce, pomimo kaprysów pogody mają się wyśmienicie. Jedynie wiosną poprawiam ich zwichrzoną fryzurę, i cieszą się nimi nadal.



Przy okazji moich porywczych zapędów ogrodniczych, zobaczcie ile materiału florystycznego nazbierałam. Wszystko się przyda. 









Na dworze wiosna, a w domu nadal święta. Nosi mnie jakoś ostatnio. Kwitnąca leszczyna była okazją do pierwszych, tegorocznych zbiorów (pisałam o tym w poprzednim poście). Idąc za ciosem zrobiłam rekonesans w herbacianych zapasach. Jeszcze troszkę tego zostało (mięty, szałwia, lipa itp). Po ilości zużytych słoików wywnioskowałam, że w tym sezonie największą popularnością cieszyły się mieszanki wzbogacane witaminą C. Mam pomysł na kilka nowych receptur i być może w tym roku spróbuję własnej fermentacji...kto wie?
Będę działać w miarę dojrzewani półproduktów. Lepiej od marchewki wychodzą mi zioła, więc należy się w czymś wyspecjalizować ;)


Uczciwie przyznam, że jestem nałogowym kawoszem. Wystarczy, że ledwie oczy rozkleję, już myślę o kawusi. I nie piszcie mi, że na czczo to nie wolno ...ja to wszystko doskonale wiem ;) Próbowałam już zamienników, nastawów, cytrynowych naparów. Kompromis to pół szklanki gorącej wody, potem biała kawa i dopiero mogę powiedzieć, że się w pełni obudziłam.

Te ziołowe herbatki wpycham tak pomiędzy te kawy, dla równego bilansu rzecz jasna. I w końcu o wątrobę trzeba dbać, by ciałkiem dziurawa nie była ;)



Przed chwilą dotarło do mnie, że w ubiegłym roku na przełomie stycznia i lutego, dopadał mnie sławny wirus. Charczałam wówczas jak stary ciągnik i odporność należało zreperować. W ciągu tego roku,  małymi krokami, stosując drobne zmiany pochylałam się nad swoim zdrowiem. To wszystko zaprocentowały, mimo przesilenia czuję się całkiem dobrze. W kręgosłupie czasem łupnie, ale to ze starości. Jednak w tych moich analizach, na jedną rzecz zwróciłam uwagę. Zapalnikiem, który rujnuje nasze zdrowie (nie tylko psychiczne) jest przewlekły stres. Uwierzcie mi na słowo, sytuacja gospodarcza, polityczna, rosnące, rachunki... ba! nawet moje dziecko, które za szybko poczuło się dorosłe-nie są w stanie wywołać takich emocji, jakie targały mną przez minione trzy lata. Cieszę się, że to wszystko za mną. Chodź życie płata przeróżne figle i nie zawsze rzeczywistość bywa różowa.



Tak więc... rano ptasia pobudka, kawa i praca w okopach. 
A wieczorem herbatka, drożdżóweczka i w tle (jeszcze) migająca choinka.
Wiosna w styczniu ;)





Buziaki w nos!