sobota, 24 września 2022

Jesienna kompozycja, wianek, czyli oficjalne powitanie jesieni.

W minionym tygodniu, mignęła mi przed oczami reklama z informacją, że do świąt Bożego Narodzenia pozostało 100 dni. Niekiedy niedowierzam, że świat aż tak pędzi. Póki jeszcze nie obsypali nas brokatem w takt jingle Bells- cieszmy się jesienią. 

Pamiętajcie, że na blogu widzicie skrawek naszego życia. A ostatnie migawki fotograficzne to naprawdę chwile, chwilunie wyrwane rzeczywistości. Rozmawiam z ludźmi, obserwuje co dzieje się wokół mnie, ale staram się żyć najpiękniej jak potrafię. 



W ganku stanęła przepastna kompozycja, prawdziwe dary jesieni przyniesione z ogrodu. Rośliny postawione w drewnianym wazonie, na tle lustra maskującego skrzynkę licznikową, stylizacją trąca o minioną dekadę. W latach dziewięćdziesiątych zachwycaliśmy się  ikebaną, suszkami, obrazami wykonywanymi z naturalnych materiałów. Śledzę trendy florystyczne i odnoszę wrażenie,że ta konwencja powraca.  
Cieszy mnie ten ukłon w kierunku materiałów naturalnych.


Pomimo tego, że świadomość ekologiczna jest coraz większa, to Wszystkich Świętych rządzi się swoimi prawami. Niestety kompozycje naturalne stanowią mniejszość.
Jeśli macie ochotę zobaczyć prace komercyjne ze sztucznych z roślin, mogę pokazać Wam jak to wygląda w naszym rejonie. Bliżej 1 listopada zaprezentuję mniej trwały materiał.




Synonimem zbliżającej się jesieni jest zupa dyniowa. Mój ulubiony przepis pochodzi z Kwestii Smaku
W tym roku mam ochotę poeksperymentować z dyniowymi smakami.




Cieszy mnie dzisiejsze słońce. Korzystając z wolnego dnia i tego, że nie musze robić za taksówkę (czego szczerze  nieznoszę) nastawiłam rosół (zupę mocy -jak kto woli) upiekłam ciasto z gruszkami i zaraz zmykam do ogrodu. Zaległości mamy tu ogromne. Ostatnio albo niesprzyjająca pogoda, albo inne zobowiązania, skutecznie odciągały nas od prac polowych.



Znowu grzyby. Obiecałam że już zakończę na blogu ten temat... no ale jak ;)


Borowiki się skończyły, ale za to pokazały się kozaki i kanie.
Wyskakuję z Wojtkiem w las, po pół godziny mamy udany zbiór.
Później szybkie czyszczenie i prażenia na maśle klarowanym. Podpieczone  grzanki, na to grzybki z pietruszką i cebulą - kolacja gotowa.


Kanie mutanty opanowały rabatę pod sosnami. Aktualnie pełnią funkcję naturalnej dekoracji ogrodowej.  Podpowiedziano mi,  żeby kilka kapeluszy ususzyć. Łatwo się je kruszy na pył i stanowią doskonały dodatek do sosów, zup. 

Dobrze. Grzybowa przyprawę już mam, ale te uparciuchy dalej rosną.
Macie jeszcze jakiś pomysły na kanie ?


Trudno zdefiniować o jakiej porze roku las jest najpiękniejszy.  Nieustannie mnie czymś zachwyca i zaskakuje. Kocham tu być!


Muchomory jak z bajki dla dzieci.




A ta rozgwiazda to trujący okratek australijski.
Zapach ma znaczący.




Pierwsze znalezione opieńki.



Na drzwiach powiesiłam wianek z mchu i chmielu.
Chodź po prawdzie, po tym jak Tajga testowała tu swoje pazury, frontowemu wejściu nic nie pomorze.


Przymykam oczy wchodząc do domu, nie widzę odrapanej farby, suczka uczy się posłuszeństwa w kojcu, a drzwi czekają na wymianę.




Jeśli znajdziecie chwilę, to zostawcie ślad po sobie w postaci komentarza. Mam podgląd w statystyki, wiem do jakiej grupy Czytelników piszę i najzwyczajniej będzie mi miło.

Tulę Was ciepło.

sobota, 17 września 2022

Jesienne smakołyki, to ten czas

Jesień wprasza się z impetem.

Odkąd mieszkam na wsi czuję, że stałam się integralną częścią otaczającego nas świata. Wystarczy stanąć przy oknie, uchylić szybę i doświadczać przyrody. Dla mnie zaczyna się taki czas w roku, że mam ochotę zwolnić i zajrzeć w głąb siebie. Podumać, zapalić świece i nadrobić książkowe zaległości. Zanim jednak ten błogostan nastąpi, tonę w codziennych obowiązkach. Tegoroczna wrzesień to dla nas lekko zwariowany czas. Klasa maturalna córki, prawo jazdy, I Komunia Wojtka, przeprowadzka babci, zmiany zawodowe i ciąg dalszy remontów. A ponadto całe dojrzewające dobrodziejstwo, które wypadałoby racjonalnie zagospodarować.









Przyszło nam żyć, w mało przewidywalnych czasach. Mimo wszelakich przeciwności staram się cieszyć każdym dniem i doceniać to wszystko co dostaję od świata. Bilans wychodzi na plus-nie chce być inaczej. Ilekroć wyrwę codzienności chwilę na spacer, wystawiam buzię do słońca i w myślach  powtarzam ,,dziękuję,, Tego nie da się wyuczyć, to trzeba poczuć.
 Jakkolwiek to zabrzmi-mam więcej powodów do wdzięczności, niż narzekania.
 








W tym tygodniu tonęłam w śliwkach. Chyba łatwiej byłoby pokazać pestki po przerobionych owocach , niż same owoce ;)
Wiosną w sadzie przewróciła się stara węgierka. Od tego czasu mogę jedynie liczyć na drzewka posadzone w ubiegłym sezonie. Ten rok był wyjątkowo szczodry w śliwki, sąsiedzi postanowili się ze mną podzielić. Zamiast jednego wiaderka owoców, dostałam trzy wiadra budowlane ;)
Takim sposobem mamy mus śliwkowy, dżem i powidła. Są śliwki suszone, śliwki w occie. A na deser naleśniki i knedle ze śliwkami. Prawdziwe śliwkowe, kulinarne szaleństwo!






Śliwki w occie to specjał moje mamy. Osobiście nie przepadam, ale znam koneserów tego przysmaku.


Zdecydowanie wolę ,,czeko-śliwkę,, 
Długo smażone powidła, naturalnie słodkie, wzbogacone kakao i podkręcone chili.


Kiedy za oknem jesienna plucha, najchętniej przywołałabym do siebie całą rodzinę, zaparzyła owocową herbatę  i nakarmiła wszystkich chałką ze śliwkowym specjałem.
 Gdyby tak można było, zapędzić przychówek do gniazda i okadzić zapachem drożdżowego ciasta. A później ukryć przed zimnem i głodem.
 Na wieki, wieków.
 Amen!






A propos zapędzania.
Tajga już nie jest sunią, tylko prawdziwą suczką (najdelikatniej rzecz ujmując).
Na co Figo zareagowała bezgranicznym uczuciem. Do domu nie mogę go przywołać, stracił chyba resztki psiego rozumu. Nie ważne czy słońce, czy deszcz, od bladego światu siedzi pod zagrodą Tajgi i popiskuje w uniesieniu. Ten widok budzi politowanie zwłaszcza, że suczka przerosła go sześciokrotnie. I to kolejny dowód na to, że miłość jednak ślepa jest.
Figo-za wysokie progi dla ciebie ;)



A już na sam koniec pokarzę Wam nowego mieszkańca siedliska. Często widziałam psy węszące w okolicach drewutni i kompostownika. Teraz już wiem że rodzina jeży, umościła tam sobie domostwo.
Niech im się dobrze mieszka i zima minie w spokoju.

Zima minie w spokoju.

 ZIMA MINIE W SPOKOJU.

To ostatnie zdanie powinnam podkreślić i napisać kolorem.

Dobrego tygodnia!