środa, 13 maja 2020

Czas dzieci-kwarantanna-wiosna 2020






Czekając na tegoroczną wiosnę, wyobrażałam sobie różne rzeczy ale z pewnością nie to, że zostaniemy zamknięci w domu.
Odnalezienie się w nowej rzeczywistości wymagało pójścia na wiele kompromisów i przygotowanie dobrego planu dnia.
Przez ostatnie tygodnie dotarliśmy się organizacyjnie. Nie obyło się bez kłótni, dąsów, kapitulacji...cóż samo życie;)

Bardzo dawno nie było na blogu postów zahaczających o dziecięcą tematykę, a przyznam że sama lubię wracać do podobnych, archiwalnych publikacji.
Spędzam z dziećmi całe dnie, dlatego tym bardziej są to chwile warte zapisania.
Zatem skrawki ostatnich tygodni.



Chłopaki próbują swoich sił, wędkując.
Kolacji niestety nie złowili.


Rodzeństwo podlega obowiązku szkolnemu...pozwólcie, że teraz głęboko westchnę.
Wszyscy (dzieci, wychowawcy, rodzice) zostaliśmy postawieni w niecodziennej sytuacji, na którą nikt nie był przygotowany.
Empatycznie próbowałam zrozumieć nauczycieli, ale pewnego dnia moja frustracja sięgnęła zenitu.
Pękłam.
Wiadomości, wytycznych, zadań, wszystkiego było tak dużo, że najnormalniej w świecie nie wyrabialiśmy
(dla przypomnienia Wojtek jest w zerówce).
Myślę, że podobne odczucia towarzyszyły innym rodzicom, ale chyba jako jedyna  wyłamałam się z systemu.
Pozostając w kontakcie z Panią, przerabiamy materiał własnym tokiem i widzę że chłopcu wychodzi to na lepsze.
Ola to zupełnie inna historia, wszak to już licealistka.
Ta dla odmiany rano biega od telefonu, do komputera, zmieniając przy tym platformy do nauki.
Niekiedy to wszystko zahacza o absurd, ale widzę też dobre strony całej sytuacji.
Wydaje mi się że mamy ze sobą bliższy kontakt i jeszcze lepiej poznałam własne dzieci.


A tu już lekcja przyrody w terenie i jeden z ogrodowych gości.


Dieta w czasach kwarantanny i domowy fast food ;)



O naturalnych witaminach również pamiętamy.
Wojtek nie cierpi gotowanej marchewki, ale startą, z dodatkiem jabłka wcina tak, że aż mu się uszy trzęsą.


Wesołe kanapki.


I kuchnia błotna.
Jak to dobrze, że mamy ogród i bezpieczny kawałek zieleni.



Staw, kaczuchy i padalce-wiosenne arcydzieło.


,,Bob budowniczy,,



Zrywa kwiatki dla mamy.
Czasem nawet wyciągnie z ziemi całą, nową sadzonkę,  no ale jak tu się gniewać ;)



Krokodyl z recyklingu.


Wieczorami paliliśmy ogniska, piekąc jabłka i wyśpiewując harcerski repertuar.
Noce jednak jeszcze zimne i zmrok szybko wyganiał nas do domu.



Nie myślałam, że kiedykolwiek to napiszę,  no cóż -znak czasów.
Syn ogarnia dziecięce aplikacje na telefonie, ucząc się przy tym liter i angielskiego.
Ostatnio namiętnie (ale pod kontrolą) gra w ,,dinozaury,,



Będzie dobrze-tak właśnie!



Życie na wsi. Wojtek-gospodarz


Nauka przez zabawę, pomału zaczyna nam brakować planszówek.


Wojtek dostał w prezencie od cioci krokodyla, który zjada paluchy!
Zatem uważać trzeba . Dużo śmiech jest podczas rozgrywek.


Na podwórku powstało wielkie, artystyczne akwarium.




A tu już papierowy Figo i papuga.


Ola przejęła pałeczkę i jej głównym obowiązkiem jest pranie i prasowanie.
Powiewają zatem kolorowe żagle na wiosennym wietrze.
Lubię ten widok.


Niekiedy rano pozwalamy sobie na  rodzinne, łóżkowe , kokoszenie.
To są z pewnością te momenty, na których należy się skupić.

Kiedyś czytałam, że dobrym pomysłem jest poproszenie dzieci o narysowanie tego, czego się boją, albo sytuacji kiedy są radosne.
Podobno nasze pociechy chętniej się w ten sposób uzewnętrzniają.
Wiecie co namalował Wojtek?
Najszczęśliwszy jest wtedy, kiedy rodzice się z nim bawią grając w planszówki i wtedy,  kiedy może spać z mamą.
Tak mnie tym rozczulił, że sypialnia rodziców jest dla niego otwarta ;)
Czas tak szybko mija...




poniedziałek, 4 maja 2020

Jabłonka


 Ogród tak cudownie umajony.
Postanowiłam dać wytchnienie kręgosłupowi i zamiast walczyć z pokrzywami, zafundowałam sobie relaks pod jabłonką.





 A zdradzę Wam, że to nie taka zwykła jabłonka.
W ubiegłym roku ten kawałek ogrodu porastały samosiejki. Czegóż tam nie było, brzózki, tarnina, nawłoć i mogłabym tak jeszcze wymieniać....i wymieniać.
Generalnie, gdy otwierałam okno kuchenne, moim oczom ukazywała się zielona ściana, a chwasty prawie wchodziły do domu. Postanowiliśmy ten teren nieco ucywilizować.
Powycinaliśmy niechciane, zielone towarzystwo.
Przy jabłonce ręka nam zadrżała.


 Drzewko dostało drugą szansę, w styczniu skorygowaliśmy koronę i obecnie odwdzięczyło się cudownym kwieciem.
W sadzie i w drugiej części warzywniaka rosną jabłonie, ale żadna z nich nie wygląda tak pięknie!
Nie ukrywam, że liczę na jesienny zbiór owoców, zwłaszcza że podobno ceny skaczą w górę.




 Przyjemnie jest napić się kawy pod kwitnącym drzewem.
Pszczoły pracują w pocie czoła (po sąsiedzku stoją ule).
Umilam sobie czas lekturami, w końcu lepiej podziwiać chwasty w książkach, niż na rabatach ;)
A tak serio, to obecnie jest najlepszy czas, by wykorzystać dobrodziejstwo natury i oswoić to, co znienawidzone (czytaj podagrycznik).




 Upiekłam babkę z dodatkiem płatków mniszka.
Nie zaskakiwała smakiem, ale z pewnością ten dodatek był korzystniejszym zamiennikiem sztucznych ulepszaczy.




 W planach mam jeszcze tartę z pokrzywy, pesto z czosnku niedźwiedziego i wiosenną sałatkę z zielska.
Mąż dla odmiany produkuje w ilościach hurtowych koktajl z pokrzywy.
Nie wiem czy, wytrzymają to moje nerki, ale podobno pić należy.
To bomba witaminowa i tylko córka patrzy na nią mało przychylnym wzrokiem.

Tak że ten , tego...wypinamy się na Koronawirusa.
I Wy również się tego trzymajcie ;)






Pozdrawiam serdecznie Wszystkich Czytelników!

piątek, 1 maja 2020

Wiosna w pełni


Spadł upragniony deszcz. Boszeee...nigdy nie przypuszczałam, że będę się cieszyć na myśl o mokrej majówce. Jednak prawda jest taka, że spękana ziemia nie wyglądała tak nawet latem, przy 30c upałach. Podobno, żeby sytuacje wróciła do normy, musiało lać przez 60 dni! 
Dlatego niebieskie upusty spadnijcie na ziemię.

Za oknem mokro, chłopaki jeszcze śpią. A ja, by nie obudzić towarzystwa uwiłam sobie gniazdko w salonie. Cucę się poranną kawą i delektuję muzyką spadających kropel, ptasie melodie niesie wiatr...o nawet kukułkę słuchać! 
Tak bardzo te odgłosy różnią się od tych, które męczyły nas w mieście. Warkot rozpędzonych motorów, wieczna ,,autostrada,, pod domem. A kiedy zamilkł uliczny gwar i próbowałam nocą wpuścić do domu świeże powietrze, ze snu wybudzały mnie wentylatory z pobliskiej galerii....koszmar.
W obecnej sytuacji, patrząc na otaczającą nas rzeczywistość czuję się, jakbym wygrała milion dolarów w totolotka.

A co tam aktualnie u nas?...przepadliśmy w ogrodzie. Właściwie to ja przepadłam, Grzesiek ratuje firmę. I tak pomiędzy lekcjami, szkołą online (specjalnie nie będę rozwijać tego wątku) sadzę, kopię, planuję, by odreagować emocje.
W marzeniach tak się rozbuchałam, że pomału mi miejsca zaczyna brakować. Wszystko jednak w swoim czasie, ogród uczy cierpliwości.

Zdjęcia pochodzą z minionych kilkunastu dni, aktualnie jabłonie budzą się do życie.
 Jeszcze nie tak dawno cieszył mnie widok kwitnących czereśni i śliwek.




Nawet na najmniejszej, zasadzonej przez nas nektarynce pokazały się pierwsze kwiatki.




Kwitną również narcyze, hiacynty i moje ukochane szafirki.
Kwiatki mojego dzieciństwa.








W zakątku warzywniaka mieliśmy zagonek z malinami i niestety pokrzywami po pas. 
Grzegorz przekopała ten teren i z braku lepszego pomysłu posadziliśmy tam ziemniaki. Jesienią znów na to miejsce wrócą maliny, tylko już w bardziej cywilizowanej formie.
Wojtek czynnie uczestniczył w pracach polowych i jakoś trudno było mu zrozumieć fakt, że najpierw sadzimy bulwy do ziemi, by potem je wykopywać...zupełnie bezsensu.

Ze starej części sadu przesadziliśmy również agrest. Ku naszemu zaskoczeniu tuż  obokw krzaczków, zaczął wybijać z ziemi rabarbar.



Na grządkach pierwsze wschody i tu zaznaczę, że u nas okres wegetacyjny następuje nieco później.


W tym roku szykuje się pokaźny zbiór czarnej porzeczki. Warto było pochylić się nad nią rok wcześniej. Ten krzew najmocniej owocuje na pędach jednorocznych i dwuletnich.


I teraz najważniejsze!
Winogrona doczekały się podpory. O jak się cieszę, wierciłam mężowi o nią przysłowiową dziurę w brzuchu już od połowy stycznia. Najwyraźniej moje prośby nabrały mocy urzędowej i jest taaadaaam!

Oczami wyobraźni widzę już całość obrośnięta pnączem.
W swoich marzeniach zagalopowałam się tak daleko, że już powoli zaczyna mi brakować miejsca;)





Studnia równieź przestała już straszyć, ale to zasługa mamy i siostry.
Takie mam zdolne babi w rodzinie. W końcu my góralki, z gór ;)))



Jestem dumna z krzewów różanych. Jesienią sadziłam, przesadzałam. I kiedy inni pukali się w czoło, że za stare okazy by korzenie przyjęły się w nowym miejscu, to uwaga wszystkie się zadomowiły. I chodź niektóre z nich mają po kilka cm nad ziemą i do końca nie wiem jakim kolorem mnie zaskoczą, to ciesze się ogromnie.
A teraz uwaga, kto by pomyślał, że uzbieram 53 sztuki ;)





Nad bramką do lasu stanęła podpora właśnie dla róż.



Obecnie najbardziej zachwycone są koty, mają doskonały punkt obserwacyjny.



Test jakości już był.


Pisałam Wam o puszczyku, jastrzębiach, pawiach, bażantach. Aktualnie naszym, nowym sąsiadem jest bociek. Przylatuje na obiad lub kolacje. 
Majestatycznie kroczy po łące sprawiając wrażenie mało płochliwego. Jedynie dla psów zadaje się być atrakcją. Najbardziej to chyba dla Figa. Ten choć, wielkością przypomina kapcia, to w duszy czuje się mastifem tybetańskim ;)




Pozdrawiam Was serdecznie, życząc przyjemniej majówki.