środa, 5 lutego 2020

Jeszcze zimozielony styczeń


Styczeń prysł, nawet nie wiem kiedy (?) Dobrze, to jeden z najmniej lubianych przeze mnie miesięcy.
Minione, poświąteczne tygodnie były chaotyczne. Założenia jednym torem, a życiowe niespodzianki drugim. 
Odnoszę wrażenie że jakieś dziwne dysproporcje zapanowały, a ja w tym wszystkim się gubię.
 Nie mogę taki żyć. Coraz częściej dociera do mnie, że za dużo biorę na barki, za dużo oczekuję. Jedyne, noworoczne postanowieniem jakie mam, 
to zachować zdrowe proporcje między tym co ważne, a tym co może jeszcze poczekać...



Jak zapewne u większości z Was typowej zimy nie ma, jednak zdarzały się dni kiedy otoczenie domu wyglądało jak posypane cukrem pudrem.






Oczywiście pomimo panującej aury doglądam roślinki i już wiem że, planując rabatę na tyłach domu popełniłam kardynalny błąd.
Mianowicie-zapomniałam o roślinach zimozielonych. 
Oczami wyobraźni widzę na grządce letnie kwiaty, zieleń bijącą po oczach. Jednak obecnie  poletko wygląda marnie o czym przypomina samotny bukszpan, rosnący nieopodal wyniosłego świerka.

Spacerując po ogrodzie wybrałam kilka roślin, które mimo mrozów nawet zimą 
zostały ostoją zieleni. Pomijając drzewa i krzewy iglaste na uwagę zasługuje.


BERBERYS JULIANY
Berberis julianae

Na krzewie oprócz liści, bardzo długo utrzymują się ciemne owoce, 
które dodatkowo zdobią roślinę



Pokochałam równie RODODENDRONY
pomimo tego, że w fazie kwitnienia ich kolory odbiegają od mojej koncepcji ogrodu
(dla niewtajemniczonych, krzewy to scheda po poprzednich właścicielach)
Błyszczące, skórzaste liście pięknie wybijają się na tle ponurego krajobrazu.


JUKKA KAROLIŃSKA
Posadziłam latem kilka sztuk i czekam z nadzieją na wiosnę.
Liczę na to, że udało jej się przezimować.





Oprócz MAHONI, zaprosiłam do nas kilka odmian OSTROKRZEWÓW.
Już widzę, że warunki im sprzyjają , ale to dopiero ,,dzidziusie są,, ;)



BUKSZPAN
Bukszpan u nas rośnie jak szalony. Mamy żywopłoty z bukszpanu, zasadziłam również kilka krzewów wzdłuż drogi i nie zamierza na tym poprzestać...tylko niech tę moją dumę omija ćma bukszpanowa.
To ostatnio plaga ogrodników, widziałam jakie spustoszenia potrafi zrobić wśród krzewinek.


LAUROWIŚNIA WSCHODNIA
U nas to nie krzew, to drzewo! rosnący okaz ma około 3 metrów i na pewno pójdzie pod sekator.
Ciekawska laurowiśnia zaczyna zaglądać do sąsiada, więc muszę ją troszkę okiełzać.



BARWINEK.
Potrafi cudownie pokładać się, tworząc zimozielone dywany. W jednym miejscu tak się rozrósł, że z powodzeniem będę mogła go porozsadzać w zacienionej części podwórka.


Pisząc o ogrodowych, zimowych urokach, nie mogę zapomnieć o LESZCZYNIE czarującej wdziękiem tuż za ogrodzeniem...


...i SUMAKU którego chwale i przeklinam na zmianę ;)






Dzięki łaskawej zimie, moje STARCE również dzielnie się trzymają.
Sadząc bylinę często zapominamy o tym, że jest dwuletnia.


Część owocowo-warzywna pomału przygotowuje się na wiosnę, a ja niepoprawnie wpadła w wir kupowania nasion.
Gromadzę i pomału zaczyna mi brakować miejsca;)
 Tu zapewne, będzie w tym sezonie jeden wielki eksperyment.


Z miesiąca na miesiąc ogród się przepoczwarza.
 Mam w głowie pewien zarys, konsekwentnie pracuje nad wdrażaniem go w życie i uczę się cierpliwości. 
Tak, zdecydowanie zabawa w ogrodnika to dobra lekcja wewnętrznej dyscypliny. 
Tu nic nie dzieje się przypadkowo i trzeba wsłuchiwać się w naturę, która może zostać twoim sprzymierzeńcem... lub największym wrogiem.
Mieszkając w mieście nie doświadczyłam tak dużego wpływu przyrody na to co nas otacza. 
Tu codziennie wchodząc z nią w interakcję, uczę się pokory.


Wydaje mi się, że nie tak dawno oglądałam nasz dom  kiedy jeszcze stał pusty i czekała, aż
 znów zacznie się w nim na nowo toczyć życie.
Pamiętam ten dzień, kiedy przyjechałam tu po raz pierwszy 
Anno Domini 2019 
3 luty








poniedziałek, 30 grudnia 2019

Świąteczny czas!


Aktualnie nadaje do Was z dziury czasoprzestrzennej. Okres pomiędzy świętami, a sylwestrem pozwala nam w pełni wypocząć, naładować akumulatory. Nikt nie martwi się jaki to dzień tygodnia, godzina, nikt nie spieszy się na dodatkowe zajęcia, do pracy. Obowiązki poszły na bok, cieszymy się tymi wspólnymi chwilami.

W grudniu dostałam kilka memów wysyłanych przez znajomi, w których kpiono z przygotowań świątecznych. Właściwie po co na dwa dni tyle szykowania(?)
Nigdy nie wiem jak zareagować, by nikogo nie urazić. Zazwyczaj dostaję takie wiadomości od osób które podchodzą do Bożego Narodzenia w bardzo laicki sposób. 
Moi Drodzy, jeśli zapominamy o prawdziwej istocie świąt, tracimy radość której towarzyszą narodziny Jezusa. Dla mnie osobiście każda Wigilia mimo pewnych schematów, powtarzalności dań, jest wyjątkowa. W tym roku po raz pierwszy, to my gościliśmy wszystkich na kolacji.
Było gwarno, radośnie, momentami wzruszająco. Tak jak powinno być.



Zdjęć mało, ale lawirowałam z talerzami wokół stołu ,zamiast chwycić za aparat.
Krzątając się tak wśród bliskich, naszła mnie refleksja. Mam dom, mam miejsce by ich wszystkich ugościć, ale najważniejsze że mam Kogo do tego, wspólnego stołu zaprosić.
I nie są to kurtuazyjne odwiedziny u rodziny, nie wyobrażamy sobie byśmy w tym dniu byli daleko od siebie.
To jest ten pierwiastek świętości wieczoru, którego nie kupimy- to trzeba nosić w sobie. 




Nawet moją babcię, która ma problemy z chodzeniem udało się przetransportować na Wigilię. Nestorka dodatkowo obchodzi w tym dniu urodziny, dlatego upiekłam tort-niespodziankę.
Oprócz kolęd, śpiewaliśmy donośne ,,sto lat!,,


Wszystkie dzieci nadal wierzą w Mikołaja i kiedy z Olą w pokoju  trenowały repertuar kolędniczy, zaszumiało, zaszeleściło i pod choinką pojawiły się prezenty.


A propos kolędowanie. U koleżanki z liceum, która ma fantastyczną, dużą rodzinę (tak dużą, że kuzynostwa na święta tyle, co dzieciaków w klasie) rokrocznie najmłodsi przygotowują jasełka. Piękne, ze strojami, oprawą.
Naprawdę można pozazdrościć.





Przed świętami po raz kolejny zostałam ciocią małego Jasia.
A tu już Wojtuś z Michałkiem, którego jeszcze rok temu nosiliśmy na rękach.


Inżynier-budowniczy dostał wymarzone narzędzia. Az strach pomyśleć, co to się będzie działo.
Chłopak zapał do pracy ma wielki, a rodzice przy tym oczy dookoła głowy ;)))


Mina Oli przewidująca udaną niespodziankę.


I dużo łakoci, które zawsze sprawiają mi radość.
Uwielbiam świąteczne opakowania, błyskotki, papierki...cóż poradzę, sroka ze mnie.


Oczywiście tradycji stało się zadość. W pierwszy dzień świąt, jeszcze bladym świtem, razem z siostrą odziane w piżamy, z resztkami snu na twarzy, plotkowałyśmy i popijałyśmy kawę.
Szkoda, że tylko we dwie...no ale za rok nadrobimy braki.
Dom jeszcze śpi, a my chodząc na paluszkach, spotykamy się pod choinką. 
Potem wiadomo, wstają dzieci i na końcu panowie;)
Zasiadamy do świątecznego śniadania, kościół i cieszymy się Bożym Narodzeniem.
W południe przyjechały moje przyjaciółki. Dawno się nie widziałyśmy i czas to zmienić.


W drugi, świąteczny dzień pojechaliśmy do mamy. Wcześniej do mojej rodzinnej parafii. Mam ogromny sentyment do szopki, która wystawiana jest w tym kościele. Kiedyś pomagałam odnawiać figury do żłóbka. Pamiętam, że ówczesny proboszcz przywiózł nam tyle postaci, że straciłyśmy z mamą rachubę. W rezultacie okazało się, że poczciwy staruszek zgromadził zawartość stajenek z części dekanatu ;)
Zabawne to wspomnienia.




Korzystając z okazji dziękuję za wszystkie płynące do nas życzenia i kartki.
Uczciwie przyznam, byłam przekonana, że po przeprowadzce skrzynka będzie pusta, a tu taka niespodzianka!


W ciągu tych wolnych dni, miałam czas by nacieszyć się prezentami, przeczytać książkę.
Z Wojtkiem rozwiązywaliśmy łamigłówki zimowe.


Graliśmy w planszówki. Ostatnio hitem jest eurobiznes. Rozgrywki odbywają się w grupach, gdyż najmłodszy ma zawsze problem by oddać do banku jakiekolwiek pieniądze ;)



Po rybach, kapuście i grzybach, Ola przygotowała dla nas obiad. 
Ponadto obrałam chyba skrzynkę pomarańczy. Kiedy leżą w paterach nikt nie ruszy, wystarczy że mama podzieli na księżyce, moje sępy krążą wokół stołu.
Niech im idzie na zdrowie!


W przyszłym roku mam plan by rozejrzeć się za bardziej obszerną szopką.
Oczywiście Wojtuś zadbał o to, by w stajence było gwarno, ale coś ten Józef podobny do króli nie za bardzo mu pasuje.


Pogoda sprzyjała spacerom. Trzymał lekki mrozik, ale było bezwietrznie.


Oczywiście my w las, a ogon kocio-psi za nami.




Karolek to taka kocia pierdoła, idąc za nami pomiaukiwał, marudził. Grzesiek myślał że zmarzł ale gdzie tam, na rękach nie chciał być noszony.
Za to na postoju, kiedy popijaliśmy herbatę przegryzając pierniki, kot przyniósł nam złowioną mysz. Pisałam Wam, że te moje bestie niezwykle łowne są.
Pańcia ty białko zjedz, a nie tam jakieś słodycze?




Oglądaliśmy po raz kolejny ,,Ekspres polarny,,
Wojtek z wypiekami na twarzy. W ubiegłym roku dostał od Mikołaja dzwoneczek i zadziałała magia ekranu...


...nawet z fantami poszedł spać.


Moi Mili!
To już ostatni post w tym roku. Cóż, ciesze się że trwacie tu ze mną, pomimo tego że zapał do blogowanie nieco osłab. Zawsze Wasza wirtualna obecność daje mi dużo satysfakcji.

Z całego serca życzę Wszystkim Czytelnikom, by w Nowym Roku spełniały się marzenia,
nie brakowało chęci do działania i abyście każdy dzień witali z uśmiechem!
Do Siego Roku!

Kamila