środa, 28 stycznia 2015

Ogarniamy przestrzeń


 Z kącikiem Wojtusia jest tak.
Mogłabym załamać ręce i ubolewać nad tym, że brakuje nam  dodatkowego pokoju (czy to jednak by cokolwiek zmieniło?)
Zaakceptowałam aktualny stan rzeczy i dopóki nie zmienimy mieszkania, staram się by to miejsce sprzyjało Maluchowi. Za ewidentny plus pomieszkiwania razem , przyjmuję  fakt że gdy koleżanka wpadnie na kawę - ,,Przychówek,, jest cały czas,, na oku,,
Mamy plotkują, dzieci przewracają wszystko do góry nogami ;)


Kącik doczekał się kilku (wymuszonych) zmian.
Wojtuś dostał w grudniu stolik , na który trzeba było wygospodarować miejsce (dopóki nie wychodzimy na balkon jest o.k.)
Ponadto , po tym jak synuś uraczony scenami drogi krzyżowej rozhuśtał w kościele jeden z obrazów (zaznaczę trzymałam go na rękach!),dotychczasowa rama z misiami powędrowała na strych
Puste miejsce na ścianie próbowałam zamaskować wysłużoną  półką. Układałam na niej za zabawki i poczułam deja vu. Jaszcze tak niedawno stały tutaj olinkowe pieski...





 Pomimo moich zapędów ściana w dalszym ciągu wydawała mi się taka niezagospodarowana
Wpadłam na pomysł by uszyć proporczyki  w pościelowych kolorach i chmurkę- kolejne ujście rękodzielniczych zapędów ;)


 W efekcie do zasypiania potrzebujemy całego arsenału...podusia, ulubiony mis i oczywiście jeż (nie wiem co Wojtek ma z tymi jeżami, nawet w książkach bystre oczka wypatrzą miniaturowe, iglaste stworzenie)



Do pełni szczęścia (oprócz większego metrażu ha , ha...) brakuje nam jeszcze jakiegoś subtelnego obrazka,
zastąpiłabym nim wówczas grafikę Mizielińskich.



Przy okazji przyszedł mi do głowy temat na osobny post . Mianowicie zabawki!
Czym tak naprawdę bawi się szesnastomiesięczny malec.
Wbrew pozorom  nie są to topowe zabawki z odnośnikiem do wieku Zainteresowanego ;)



Pozdrawiam Was serdecznie i znikam by uszczknąć z tych ferii coś dla nas.

niedziela, 25 stycznia 2015

Post kontrastowy, energetyczny


 Dostałam przesyłkę...której się nie spodziewałam.
A właściwie czekałam na paczkę , tylko z inną zawartością ;)
Rozpakowałam zawiniątko, a w pudle znalazłam 5 słoiczków, zagadkowego pochodzenia i list.
Miły...jednak (z całym szacunkiem do Adresata i moich Czytelników) gdy otrzymujesz na skrzynkę mailową kilka wiadomości w miesiącu skonstruowanych w podobny sposób, przypominają ci się wszystkie socjotechniczne sztuczki.

Pomyślałam ,,Ktoś,, strzelił samobója.
Z reguły nie kupuje gotowych sosów i moja znajomość kuchni indyjskiej,
 ogranicza się do restauracyjnych wypadów...więc o czym tu pisać ;)



 Ponadto przesyłka miała mnie zachęcić do wzięcia udziału w konkursie (nie ukrywam że weekend w spa, byłby miłą odskocznią od codziennych obowiązków), a zapewne Was do zakupów produktów firmy Pataks
Czyżby Adresat naraża się na szczerą opinię -proszę ;)

Zanim przeszłam do jakichkolwiek eksperymentów kulinarnych, przestudiowała etykietki.
Oprócz kwasu mlekowego i octowego, nie znalazłam innych podejrzanych substancji.
Producent zapewnia że sosy nie zawierają sztucznych substancji i barwników.

Mogliśmy iść z małżonkiem na całość.
Podzieliliśmy się obowiązkami (całkiem fajnie gotuje się na dwóch sąsiednich patelniach - muszę to częściej praktykować).
Grzesiek przygotował 

CARRY Z INDYJSKIM SOSEM KORMA


 Z gotowym ,,słoiczkiem,, to całkiem proste, cytuję ,,orientalna wersja kuchni kawalerskiej,,
I zapewniam Was że zapach dobiegający z kuchni pozwoliłby oszukać degustatorów, że przygotowanie potrawy trwa więcej niż podsmażenie piersi z kurczaka ;)



 Wypadkowa moich zapędów to
KREWETKI Z SOSEM  BUTTER CHICKEN


Pycha!
Mogę jedynie żałować, że w domu owoce morza przyrządzam rzadko,
z racji tego że reszta rodziny na sam widok krewetek, jedynie grzebie widelcem na talerzu.



Przepisem na idealny wieczór miało być dobre jedzenie i film.
Dziwnym trafem, do głowy przyszły mi bollywoodzkie tasiemce.
Tytuły na tyle wytrawne ,że humor sam się poprawił.
Do wyboru ,,Żona dla zuchwałych,, albo ,,Serce jest szalone,,
Na myśl o takim deserze Grzesiek chybaby umarł ;)))



W zamian tego mieliśmy coś specjalnego.
Robiąc ostatnio porządki w rodzinnych rupieciach, mąż natchnął się na statyw i stare klisze z dalekich podróży. Od kilku dni leżały owiane tajemnicą, a my żartowaliśmy dociekając co po ich wyświetleniu ukarze się naszym oczom.



Człowiek z wężem -to wiem na pewno ;)


Podsumowując ...czy wrócę do sosów Pataks ?
Być może gdy zmienię zasady panujące w naszej kuchni , albo skleroza przyćmi przepisy zapisane w głowie.
Do gustu przypadła mi jednak Pasta Mild Curry i mam ochotę z nią poeksperymentować, przyrządzając ulubioną zupę zimową , z ciecierzycą i przyprawą garam masala.

A na koniec (w przeciwny razie konkurs ominie mnie szeroki łukiem) kupując sos Pataks i rejestrując się na firmowej stronie, otrzymacie film w prezencie ...niekoniecznie bollywoodzki ;)

zBLOGowani.pl

czwartek, 22 stycznia 2015

,,Lodowy,, wianek


Idąc tym samy tropem co poprzednio, popełniłam wianek.



Za masą perłową nie przepadam, od dłuższego czasu przekładałam półprodukt z kąta w kąt (pozostałości po pokazie ślubnym). Eksperymentowałam z takim materiałem, łącząc go z wodą szklaną.
Efekty były niekiedy zaskakujące.
Tym razem płatkami obkleiłam przygotowany wcześniej wianek z ususzonego starca srebrzystego.
Mam tą pewność że delikatnych opiłków nie przyćmi roboczy podkład.



Momentami cieszę się że tegoroczna zima zgubiła gdzieś swoje atrybuty. 
Byłoby nam niezmiernie żal tych dni spędzonych w domu...


poniedziałek, 19 stycznia 2015

Mamy ferie


Przyniosłam do domu kilka gałęzi, którym miejsca ustąpiły świąteczne dekoracje.
Spojrzałam krytycznie na kuchenny parapet i od razu wiedziałam że muszę zrobić małą roszadę.
,,Drzewko szczęścia,, sąsiadujące z suchymi badylami , wyglądało jak namacalna metafora zmieniających się pór roku.
Gruboszcz powędrował do salonu i chyba teraz nie będę narażona na dorabianie ewentualnych ideologi  ;)


Nie pokazywałam Wam świątecznej odsłony kuchni-  poza kilkoma drobiazgami wyglądał tak, jak w poprzednim roku. Zresztą ozdób bożonarodzeniowych mam tyle ,ze głupotą byłoby kupowanie kolejnych ...chodź czasem ta głupota daje o sobie znać -zwłaszcza podczas wyprzedaży ;)))



 Rozpoczęły się u nas ferie , na które plany zweryfikowało choróbsko Wojtka.
Jak na złość! A jeszcze kilka dni temu cieszyłam się że synuś w karcie pacjenta, ma zapisane krople z witaminą C i obowiązkowe szczepienia. Poza katarem, który pojawił się kilka razy ( i z którym bez problemu radziliśmy sobie domowymi sposobami) Wojtek był zdrów jak ryba.
...najwyraźniej kiedyś musi przyjść ten pierwszy raz...

Tak więc inhalator brzęczy, a my zamiast podziwiać lodospady, obżeramy się ciastem czekoladowym.



Moi wierni Czytelnicy zapewne zdążyli zauważyć ,że posiadam całkiem pokaźną kolekcję wazonów, bombonierek i kieliszków.
Mam słabość do czystego szkła.
Wydaje mi się , że zawsze wygląda elegancko i daje wachlarz możliwości aranżacyjnych.
Czasem kupuje naczynia z myślą o konkretnych roślinach , kwiatach.




Obecnie jest chyba najlepsza pora, by pokazać linearne piękno drzew.
Dajcie się przekonać, że oprócz wierzby mandżurskiej (którą nie ukrywam również lubię)
 świetnie wygląda zaproszona do domu rodzima jabłoń...albo głóg ze swoim ciernistym charakterem.




 I pozostając w tematach około zdrowotnych, podzielę się z Wami przepisem na syrop  uodparniający.
Proporcje dostałam od koleżanki (potwierdzone przez pediatrę), jednak ten skład często napotykałam na wielu stronach internetowych.

SYROP UODPARNIAJĄCY

1/4 szklanki soku z cytryny
1 ząbek czosnku
2 łyżki płynnego miodu
2 łyżki korzenia imbiru
1/2 łyżeczki cynamonu
1/2 łyżeczki pieprzu cayenne

Całość miksujemy i przechowujemy w lodowce. Pijemy po łyżeczce 3-4 razy dziennie.

Syrop jest pikantny i miałam obawy czy podać go dzieciom , jednak wedle zasady ,,co nas nie zabije to nas wzmocni,, -zaryzykowałam.
Przyznam się że Olka wypiła miksturę z grymasem twarzy , po czym stwierdziła że specyfik smakuje jakbym go doprawiała przyprawą do piernika.
Wojtek dostał okrojone porcję i z żalem wyciągał rączkę po kolejną.

Teraz tylko czekam na efekty ;)

piątek, 16 stycznia 2015

Mazi , mazi ...


 Zaczęło się dość niewinnie ...


...by po chwili wypróbować farbki,  jako krem do rąk ;)


 Język sterował i  pomagał w malowaniu ....



...i tak powstało osobliwe dzieło Wojtusia .
Ta dam! 
 

1. Jeśli Wasze babcie lubią impresjonistów podaję przepis na oryginalną lurkę ;)

2. Farby do malowania rękoma, jesienią zakupiliśmy w Tesco . Jednak z powodzeniem możecie podobne wykonać samemu. Poniżej sprawdzony przepis (proporcje na jeden słoiczek-kolor)

barwnik spożywczy
1 łyżeczka sody oczyszczonej
6 płaskich łyżeczek mąki ziemniaczanej
1/4 szklanki CIEPŁEJ wody

Barwnik rozpuszczamy w wodzie , następnie dodajemy resztę składników i intensywnie mieszamy .

Gotowe !
Udanej zabawy ;)