środa, 26 sierpnia 2015

Balkon i kwiaty


 Sprzątnęłam dmuchany osprzęt i aż trudno uwierzyć że jeszcze kilka dni temu, Wojtek chlapał się tu w basenie. Stąd też ,,zielony metraż,, został w tym roku okrojony...może to i dobrze, bo po ostatnim gradobiciu straty byłyby jeszcze większe. A tak wyrzuciłam rozmaryn i kilka egzemplarzy werbeny.
Na dziury w liściach przymykam oko i pelargonie, których chyba powinnam się pozbyć (domyślam się że dopadła je choroba grzybowa). Poczekam jeszcze kilka dni (w końcu nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło) i jeśli dalej będą marniały, zaszaleje z wrzosami.





 Ponadto na skutek jesiennych wyprzedaży, stałam się szczęśliwą posiadaczką stolika. 
Wcześniej kolejny mebel na balkonie był mi zupełnie zbędny, ale jak winobluszcz swoimi mackami zaczął mi mieszać w ulubionej kawusi ...sami rozumiecie, trzeba było koncepcję zmienić ;)



 Inauguracja  miała odbyć się przy drożdżowym placku ze śliwkami, ale najwyraźniej oprócz nas, ogromną ochotę na ciasto miały również osy. Tych to u nas plaga ostatnio...nad wodą , na palcu zabaw.
Jak to mawia znajomy ,,jak nie urok- to sr...,,...nie ma komarów , są osy i szerszenie ;)


 A że ja przewrażliwiona na tym punkcie jestem wole nie ryzykować, gdyż w rodzinie są osoby uczulone i wiem jakie skutki niesie za sobą użądlenie.
Deserów na balkonie nie będzie...no chyba że późną jesienią, jak nam tyłki do krzesła nie przymarzną.
Tak więć zanim chłodem zawieje, kilka zdjęć naszej zielonej enklawy wrzucam.
Co prawda na koniec sezonu., ale zawsze to coś ;)))







 I jeszcze wianek dla pany młodej, żeby gości w drzwiach witał.
Jak to delikatnie ujęło moje dziecko ,,chałturzysz mamo,, 
Ano chałturzę, co by budżet podreperować. Jak mi pani w księgarni rachunek za ćwiczenia wystawiła, omal nie padłam...Pominę fakt, że pewnie połowa z nich nie będzie używana. Córka jednak wytyczne od nauczycieli dostała i książki do szkoły mieć musi.




I jeszcze jedna drobnostka , która od dłuższego czasu we mnie siedzi.
Ogromnie spodobał mi się cykl  Sandrynki  zatytułowany ,,Czwartkowa aranżacja stołu,,
(uprzedzałam ją że podchwycę pomysł). Temperatura w domu spadła, kwiaty przestały ,,kipieć ,,w wazonie i znów mogę cieszyć się ich ulotnym pięknem.
Chciałabym co tydzień udokumentować na blogu prostą, dekorację floralną ...ale obawiam się, że co tydzień będzie trudno...więc, umówmy się że co dwa tygodnie, będą zdjęcia.

A poniżej faworytka ostatnich dni - Dalia ,,White Aster,,





Pozdrawiam serdecznie i uciekam z Olą obkładać książki ...jak się Wojtek obudzi , pewnie za wiele nie zrobimy ;)

niedziela, 23 sierpnia 2015

Na dobry sen ...


...kilka widoczków ze szlaku na Wielką Sowę.
Ostatkiem sił piszę post, bo wiem że w poniedziałek i wtorek nie będzie na to czasu ...no a w środę temat będzie tak jakby przeterminowany ;)
Wybraliśmy jeden z najgorszych szlaków (zważywszy na naszego Kamyczka) ale i tak było warto.
Zresztą sami zobaczcie.
Dobranoc 













piątek, 21 sierpnia 2015

Sierpień


Sierpień ostatnimi podrygami zaczął przypominać o jesieni. Żal mi upływającego lata, w głowie jeszcze tyle planów , tyle pomysłów...tyle ciekawych miejsc do zobaczenia! A tu już wrzesień depcze po piętach i kolejny raz trzeba będzie wcielać w życie nowy, logistyczny plan. Ten miesiąc zawsze przynosi coś nowego. Już teraz czuję dziwne podniecenie, próbując sprytnie pogodzić własne zajęcia, z grafikiem dzieci.




Ostatnio dużo myślałam o komentarzach które u mnie zostawiacie. Właściwie nawet nie o samych komentarzach... tylko o tym, co tak naprawdę powoduje to, że przypinacie mi order matki idealnej.  Wiem że na blog zagląda garstka bliskich mi osób i wiem, że nie mogę sobie pozwolić na mijanie się z rzeczywistością ...zresztą to byłoby bezsensem. Kochani, tak jak większość z Was miewam gorsze dni, dopada mnie marazm i najzwyczajniej w świecie są momenty że ,,nie chce mi się ,,




Ola i Wojtek, potrafią tak dać do wiwatu, że mam ochotę  uciec z własnego domu. Trzaskam drzwiami, by za chwilę wrócić i pomyśleć o macierzyństwie jak o misji. Ten wyjątkowy, wspólny czas jest nam dany bezpowrotnie. Być może za miesiąc , rok będzie już za późno na wspólne kino , albo na budowanie zamku  piasku. To właśnie ta myśl daje mi wewnętrznego ,,kopa,, do działania.
 I nawet ,,maaamooo,, wypowiadane w ciągu dnia po raz pięćdziesiąty, ma całkiem inny wydźwięk.



Dziś (tak dla równowagi) starsza latorośl.
Patrzę i nie chce wierzyć ,że ją urodziłam ... to było zaledwie ,,wczoraj,, ...




 Z wieści gminnych , to chciałam poinformować wszystkich czekających na przepis o tym, że uzupełniłam poprzedni post. Szczerze - to byłam zaskoczona ilością maili z zapytaniem o pikle. Nie wiem skąd to zainteresowanie... może dlatego że moje ,,słoiki,, takie fotogeniczne , czy jak ? ;)

Poniżej podzielę się z Wami kilkoma zdjęciami i z Arboretum w Wojsławicach.  O tym miejscu już parokrotnie wspominałam na blogu , ale jakoś wcześniej nie było okazji, żeby pokazać niecodzienny zakątek, odbiegający charakterem od temetycznej flory.


Czyli w jednym zdaniu ,,jak nasze babki i dziadkowie , radzili sobie bez pralko-suszarki i kosiarki husqvarna,, ;)))



 Przy tej ekspozycji ,,wsiąknęłyśmy,, obie z Olką





Z daleka wyglądem przypomina salę tortur ;)



Życze Wam miłego weekendu.
BEZ GRADU, ten to mi ostatnio porządki na balkonie zrobił. Ha! Nawet większe spustoszenie niż Wojtek grzebiący samochodzikami w doniczkach...ale o tym następnym razem ;)
Spokojnej Nocy!

wtorek, 11 sierpnia 2015

Ot, takie domowe migawki z przetworami w tle.




 Od kilku dni próbuję nadrabiać blogowe zaległości, jednak upału skutecznie odciągają mnie od komputera. Zamiast przemykać po blogach , szukam okazji do ucieczki z domu.
Odwalam obowiązki (to bieganie ze ścierką po macoszemu, nie można nazwać sprzątaniem) by jak najszybciej zatrzasnąć za sobą drzwi.


 Kilka dni temu, przy okazji ślubnych poczynań, ucięłam sobie miłą pogawędkę ze znajomym ogrodnikiem. Pożaliłam się że w domu istny tropik, że przeklęte 31 stopni nie chce znikać z czujnika. A ów miły Pan, chyba dla pocieszenia skwitował, że aktualnie ma podobną temperaturę w szklarni.



 O ile gorące lato to radocha dla dzieciaków, pretekst by zorganizować rodzinny wypad nad wodę. O tyle brakuje mi wytchnienia po tych wakacyjnych harcach. Wracam do domu i widząc stertę prasowania mam ochotę uklęknąć. Zapewne padnie z Waszej strony pytanie o klimatyzację. Tak, myśleliśmy o tym , ale biorąc pod uwagę planowaną  przeprowadzkę, nie chcę narażać się na kolejne koszta. Pozostaje mi jedynie zimny prysznic i orzeźwiający napój popijany w cieniu wentylatora.


 W tak zwanym międzyczasie, popełniłam przetwory na zimę. Uległam presji, wszyscy straszą klęska urodzaju. Nie wiem tylko dlaczego, gdy wspominam w towarzystwie o robieniu zapasów, twarze rozmówców wykrzywia dziwny grymas i stwierdzenie ,,to się i tak nie opłaca,, (tiiia inni zawsze wiedzą lepiej) albo wypowiadane z nutką pogardy,, ty to masz pomysły,, 
No mam! I nie uważam że weki i inne takie, w czymkolwiek ujmują mojej osobie.



Nie zakreślam planów niczym zawodowa kuchara, nie knuję co powinno znaleźć się w naszej spiżarni.
Do ,,akcji słoiki,, przystępuje spontanicznie i dzięki temu zamiast poczucia obowiązku, mam ogromną radochę ;)




I niech mnie nikt nie próbuje przekonywać, że ogórki KWASZONE są tak samo dobre jak KISZONE.
I że dżem za 2.99 dorównuje domowym powidłom.




 Większość praktykowanych przeze mnie przepisów, podawałam już na blogu (odnaleźć je można w zakładce -domowa spiżarnia). Od wielu lat prym wiedzie pikantna sałatka z ogórków.




 Po cichu liczę na to, że być może Kogoś z Was natchnę tym postem do przyrządzenia własnych smakołyków. Na mnie jak zapalnik działają wycieczki na targowisko, piętrzące się warzywa i ten zapach owoców. Aktualnie jabłka mogłabym jeść kilogramami. Jeśli chcecie zadebiutować -namawiam. Przyrządzanie przetworów nie jest trudne, a zimą gdy wyciągniecie własny dżem
-satysfakcja gwarantowana !



Ponadto jak się człowiek troszkę postara, zaliczy dobrą zabawę z dziećmi. 
Nie wiem jak to wygląda u Was , ale u mnie podczas takich akcji, wszyscy dziwnie chętni do pomocy. Ola jest niezastąpiona przy drylowaniu owoców, obieraniu groszku, zawsze przejawiała zapał do zajęć trenujących cierpliwość.



Luśka czyha na wszystko co spadnie ukradkiem ze stołu. Pisałam Wam kiedyś, że uwielbia pomidory? Nasz pies to swoisty odkurzacz.
Wojtek natomiast układa pociągi z ogórków, chętnie wrzuca do słoików, w odpowiedniej kolejności warzywa i przyprawy. Generalnie to interesuje go wszystko co nowe ;)





 Tylko czasem wymyka się z pod kontroli i mamy wtedy w pokoju ,,tlawkę ,, z kopru przeznaczonego do mrożenia ;)


Tym optymistycznym akcentem żegnam się z Wami i mam nadzieję że dzisiejszym postem,
 rozgrzeszyłam blogową nieobecność.
Ocierając pot z czoła, moc wakacyjnych buziaków przesyłam.

p.s. Dla zainteresowanych

PIKLE-PRZEPIS
  
Do litrowych słoików najczęściej wkładam 1/2 łyżeczki gorczycy , kilka ziaren pieprzu, 2 liście laurowe, 2 ziarenka ziela angielskiego, łodygę suszonego kopru.
Następnie upycham w dowolnych proporcjach ogórki , pokrojona paprykę (żółtą i czerwoną ), cukinię, małe cebulki ,,dymki,, i kilka ząbków czosnku. Ponadto różdżki kalafiora (tu trzeba pamiętać o tym, żeby je wcześniej zblanszować i wystudzić) .

Gotowe warzywa zalewamy gorącą marynatą ( poniżej podstawowe proporcje) , dodajemy 2 łyzki oliwy, zakręcamy i pasteryzujemy 20 minut.

ZALEWA
1szklanka octu 10%
3 szklanki wody
1 czubata łyzka soli
0,75szklanki cukru.
Podgrzewamy do rozpuszczenia składników