piątek, 27 marca 2015

Właściwie to mnie tu nie ma



Witajcie! Dziś wpadam dosłownie na moment.
Ostatnio więcej mnie poza domem, niż w domu. A gdy już jestem to wiadomo gar -kuchnia, pranie , dzieci...jednym słowem- codzienna kołomyja ...Jeśli udaje mi się przeczytać w łóżku dwa rozdziały książki , uważam to za osobisty sukces. Na blogach przemykam, jeśli znajdę chwilkę...ale uwierzcie tych chwilek ostatnio coraz mniej...


Z przyjemniejszych prac domowych, pochwalę się że obsadziłam balkon wiosenną rabatówką ...(A! u ogrodnika widziałam już tegoroczną kocankę, angielskie pelargonie i inne cuda...aż ręce zacieram z radości i snuję plany co w tym roku będzie kwitło u nas)
A tymczasem patrzę na bratki i serce mi  rośnie...to chyba jedne z najwdzięczniejszych roślin zwiastujących słoneczne dni.


  
Ponadto dziś na śniadanie chrupaliśmy ,,Pieczonego barana ,, ;)


A tak po prawdzie , to kiedy zobaczyłam u  Doroty (klik) przepis, musiałam go wypróbować.
Ciasto jest dość twarde, kluchowate, ale wydaje mi się że dzięki temu, można precyzyjnie wykroić postać. Kiedyś piekłyśmy z Olą drożdżowe kurczaczki,  które w piekarniku zmieniły się w przerośnięte gołębie, dlatego wiem o czym piszę ;)
Ze swojej strony dorzuciłam do przepisu 3 łyżki cukru , suche drożdże zastąpiłam naturalnymi i podobnie jak Dorotka, nie pozostawiałam barana do wyrośnięcia.
Jeśli macie dzieciak ...lub sami lubicie się bawić -polecam!


To by było na tyle...może po weekendzie uda mi się wykrzesać jakiś dłuższy post...tymczasem zmykam ubijać biszkopt i spaaaaać .
Rano znów pobudka o 5.30 ;)



środa, 18 marca 2015

Prawie jak u Hitchcock'a ;)

W marcu jak w garncu ( pogoda żongluje temperaturą) jednak pomimo przeciwności, raźnym krokiem wyruszamy w teren. Wiosenne spacery uwielbiam (zresztą podobnie jak jesienne i zimowe). Wiatr we włosach, słońce i normalnie w człowieka nowy duch wstępuje!
Aktualnie podczas pieszych wycieczek, wojtkową uwagę przykuwają dwie rzeczy...
latające, ćwierkające stworzenia ...i (o zgrozo!) rozpędzone motory -tak dla równowagi chyba?


Z uporem maniaka zbieram resztki chleba, by w wolnej chwili zasponsorować obiad kaczką, mewą , bądź łabędzią...Gołębi nie darzę sentymentem...co by nie napisać ,,nie przepadam,,  ... ale czegóż się nie robi z miłości. Sumując, w rynku biegam wokół fontanny za uszczęśliwionym synkiem.
Synek biega za gruchającym stadem ;)




Wybierając zdjęcia do dzisiejszej publikacji uświadomiłam sobie że gdyby nie macierzyństwo, wokół wielu rzeczy przeszłabym obojętnie...rutynowo. Dojrzałam do tego ,że potrafię delektować się tymi wspólnymi chwilami. Małe paluszki wskazują mi ,,tu to!,, ...kosa który właśnie wygrzebuje coś z ziemi...albo starą lodówkę wyrzucona do rzeki. Wiosna odsłoniła takie cuda...no mówię Wam... czego tu nad brzegiem nie ma... ułańska fantazja mnie wprost zdumiewa.
 Żal...zwłaszcza ptaków, które często padają ofiarą takiej bezmyślności.



 Jeszcze jedno...właściwie to miałam od tego zacząć ;)
Spodobała się Wam niespodzianka z ćwierkaniem w tle? Jak już się domyślacie w zależności od nastroju, skłaniam się ku różny gatunkom muzycznym.
W mailach prosicie mnie czasem o tematyczny post...naprawdę nie wie co mogłabym tu więcej napisać... Słucham tego co mi w duszy gra...niekiedy są to stare , obciachowe kawałki,  innym razem olśni mnie jakiś niszowy wokalista....aktualnie ptasi śpiew rekompensuje mi wszystko ;)))





 Pozostając jednak w temacie (noo po prostu muszę o tym napisać) jeśli będziecie mieć okazję, 
zajrzyjcie do poniższej książki.


Kiedyś przeglądałam ,,Las,, z tej samej serii i utkwiły mi w pamięci przestrzenne ilustracje (niestety pozycja jest nieosiągalna) . Dodatkowo przewracając strony, nakłada się na siebie świergot , pohukiwania i gęganie ...można w sekundę przenieść się nad rozlewisko!
Proszę wierzyć na słowo, zastosowany w książce mechanizm , nie ma nic wspólnego z tym w ,,kartkach -samograjkach,,
Dzięki temu książka jest absolutnie wyjątkowa!


 Wojtek tak bardzo lubi wertować ,,Ptaki,, że były momenty kiedy lektura musiała zginąć z pola widzenia.
W przeciwnym wypadku chyba zaczęłabym jodłować ;)))



Wiosennie i radośnie żegnam się z Wami 
życząc udanego wieczoru....chodź patrząc na zegarek powinnam napisać- jutrzejszego dnia ;)


sobota, 14 marca 2015

Wielkanocne koszyczki


Od dawna Wielkanocne koszyki ozdabiam naturalnymi kwiatami, więc przeskoczenie na materiał sztuczny nie sprawiło mi większego problemu. 
Tym bardziej, że ostatnio coraz częściej naginam się do potrzeb klienteli (żeby nie napisać -chałturzę).
W końcu muszę zarobić na dentystę ;)))





 Bliżej świąt pokarzę pachnące dekoracje...chociaż z tym bywa różnie. Nawet mocny i charakterystyczny zapach hiacyntów , nie jest w stanie zniwelować wonni bukszpanu.
 A jak wiadomo bez bukszpanu i barwinka ,,się nie da,,




 Dziś zapewne nastąpi nadprodukcja ozdób...zważywszy na pogodę, mycie okien musi poczekać na bardziej sprzyjające okoliczności.

Udanego Weekendu !


wtorek, 10 marca 2015

Przymusowa dieta ...nie może być inaczej ;)


 Szczęśliwa jest ta ,która wraz z nadejściem wiosny, nie układa w głowie planu nowej ,,strategi,,
Nie jestem tu chwalebnym wyjątkiem -a szkoda ;) Knuje jakby tu całkiem przyzwoicie wypaść na zbliżający się festiwalu bikini. Zawiedzionych uprzedzam że żadnych diet na blogu nie będzie. Zamierzam troszkę zmodyfikować nasz jadłospis (tu odjąć , tam dodać) i zacząć częściej przemieszczać się dwuśladem...jakoś ostatnio zatęskniłam za rowerem.


Ameryki nie odkryje jeśli napiszę, że życie samo podsuwa nam pasujące do siebie puzzle. Jednak co innego  snuć plany , wdrażać ...a co innego mieć przymusowy szczękościsk. Nie przewidziałam niespodzianki z okazji Dnia Kobiet, ze strony ,,ósemki,, ...jednak niespodzianki mają właśnie to do siebie, że element zaskoczenia jest niezbędny. Tak więc udałam się do stomatolog, bez jakiś większych nerwów, co by z bólu reszty kłaków sobie nie wyskubać. Dał Bóg, że dentystkę mam świetną ...aż mi jej żal było, kiedy po moich turbulencjach na fotelu, wycierała pot z czoła. Skończyło się na kilku szwach i pożegnaniu zęba mądrości ,który to wcale taki mądry nie był ...postanowił zagnieździć się w gałęzi żuchwy (chyba tak to się zwie?)

Musicie wiedzieć że po tym jak na chirurgi z zaciekawieniem przyglądałam się drutowanym szczęką (to dopiero jazda!), różnego rodzaju rekonstrukcją i uraczona opowieściami typu ,, urządzeniem podobnym do odkurzacza , wiercili mi dziurę w kości , głowa skakała po blacie- ale nic nie czułam ...,, wizyta u dentysty to pikuś.
Przeżyłam kilka perypetii szpitalnych, zupę piłam rurką i mówić nie mogłam (uwierzycie ..he,he) czyli w bojach powinnam być zaprawiona...no ale diety płynnej po wyrwaniu zęba, to ja się raczej nie spodziewałam.




 Tak więc inni pałaszują świeże bułeczki a ja niestety na przymusowej diecie jestem.
Wszystko mi kołkiem w paszczy staje, przez ten obolały język to nawet o głodzie zapomniałam.
Z jednej strony ma to swoje plusy - nic się nie marnuje...napoczęte warzywa, owoce siup do temomixa  i śniadanko gotowe.
 Hitem jest koktajl z banana , melona , mleka sojowego i płatków owsianych
 Jeśli macie w zanadrzu podobne przepisu na mniej lub bardziej wyrafinowane potrawy płynne -to ja jestem chętna  Nawet gdy zacznę jeść ,,normalnie,, to organizm po antybiotykach będę reperować.





Najlepsze są jednak rozmowy telefoniczne, bo człowiek słowa przez zęby cedzi i pewnie po drugiej stronie delikwent myśli, że w nieodpowiednim momencie numer wybrał ;)



  Jak nic kara boska mnie dosięgła.
Grzesiek chyba w najśmielszych marzeniach nie spodziewał się tego że zmilknę , a tu proszę aż mu się dowcip wyostrzył. Ciekawy mojej miny, zaczął w wróżkę-zębuszkę się bawić.

Niech no tylko na dobre się  uruchomię ;)





piątek, 6 marca 2015

Farbowany ryż


 Padł mi telefon...stukałam , klikałam, próbowałam wszystkich metod, które w takich momentach pomagały wskrzesić kapryśny sprzęt i nic...głucha cisza.
W czwartek pozbawiona łączności w eterze, udałam się do operatora w wiadomy celu. Pominę mało istotne drobiazgi i samą procedurę wybierania nowego modelu. Przyszła pora na wydrukowanie umowy...kolejna makulatura do upchnięcia w domu...i tak sobie siedzę przy eleganckim stole , naprzeciw równie eleganckiej pani stukającej w klawiaturę...mija pięć minut...system się zawiesza...
Mija kolejne 10...po 20 znam już każde obłupanie na ścianie i wiem z jaką częstotliwością uruchamia się autko , które kusi warkotem galeryjnych zakupoholików, by za 2 zety sprawili swoim dzieciakom frajdę...
Po 30 minutach nie wytrzymuję.
Nie! Wcale nie upominam, że troszkę mi się śpieszy , że rozgrzebane wianki czekają-walę prosto z mostu...  ,,Czy panią przez osiem godzin ta muzyka nie męczy? 
Dostrzegam zaskoczenie, na twarzy kobiety niewiele starszej ode mnie.
Poprawia z niepewnym uśmiechem
,,Dwanaście godzin...,,  
,,Jak to dwanaście?!,,
I tu wyjaśnia, że współpracowniczka zachorowała, że szukają kolejnej osoby...że zanim się ktoś wdroży...
Wszystko brzmi logicznie i spójnie.
W mojej głowie jednak, zaczynają kłębić się buntownicze myśli...a gdzie odpoczynek, rodzina (wiem że ma córkę) ŻYCIE !





I wiecie co, wlekąc się do domu dotarło do mnie że jestem szczęściarą.
Mam czas...
Mam czas na zabawy z Wojtkiem , na poranne mizianie, na to by wypić z córką niespiesznie kakao i pogadać o nowych butach. Mam czas żeby normalnie zjeść , bez pośpiechu nastawić pralkę , poczytać książkę i pozbierać myśli . 
Mam CZAS- TEN DEFICYTOWY TOWAR!



 A najgorsze w tym wszystkim jest to, że ja ten czas trwonię...nie ukrywam również na blogowanie.
Ustaliłam sobie graniczną godzinę , jednak ta graniczna godzina się przeciąga... a to maile...zdjęcia, dziennik elektroniczny Oli i jakieś natrętne poczucie że powinnam napisać, zajrzeć, skomentować...Nie wiem czy Wy też tak macie , ale mnie to zaczyna uwierać i nigdy nie chciałam żeby Home fragrance przeistoczyło się w kolejny obowiązek.


Od momentu podjęcia decyzji, że dopóki Pierniczek nie pójdzie do przedszkola i pozostaje pod skrzydłami mamy, przyświeca mi myśl żeby maksymalnie wykorzystać ten wspólny czas z dziećmi. Stąd też pomysł z farbowaniem ryżu i wcielanie się w rolę przedszkolanki.
Spróbujcie- zabawa jest świetna!
A sprzątania wcale nie tak wiele-serio...ale co tam sprzątanie ...przecież MAM CZAS ;)


 p.s. 
Dla chętnych PRZEPIS NA FARBOWANY RYŻ
Potrzebne będą
15 szklanek surowego ryżu (kasza ,,pęczak,, również się poddaje, tylko efekty są słabsze)
5 barwników spożywczych
5 kieliszków alkoholu
5 litrowych słoików, blaszki do pieczenia ciasta.
ręczniki papierowe

Do każdego słoika wsypujemy 3 szklanki surowego ryżu, dodajemy barwnik(w moim przypadku szczypta - używam barwników w proszku) i kieliszek alkoholu (od razu wyjaśniam że zapach wyparuje).
Zakręcamy słoiki , potrząsamy żeby wszystko równomiernie się zafarbowało. Następnie przesypujemy zawartość na blaszki wyłożone papierem.
Odstawiamy na 24 godziny żeby całość dobrze wyschła. U mnie ryż przeleżał ten proces na górze szafek kuchennych. Jak widzicie zastosowanie jest bardzo różnorodne ;)


Ostatnio troszkę z przerażeniem spojrzałam na daty w kalendarzu ...Wielkanoc tuż, tuż ...
...ale po drodze jeszcze Dzień Kobiet.
Z życzeniami , uśmiecha się do Was nasz pierwszy, balkonowy kwiatek ;)